PostHeaderIcon Odstawiam dziecko od piersi – obawy i rozterki

Jak już pisałam, rzuciłam się w wir pracy (no, może w wirek), z radością witając powrót do firmy, do znajomych, do dynamicznego rytmu dnia. Nie to, żebym przy Wojtusiu narzekała na brak wrażeń, ale codzienna pielęgnacja, karmienie i zabawianie siedmiomiesięcznego brzdąca, W KOŃCU przestaje być inspirujące. Ile za to mam pomysłów na wspólną zabawę, gdy wracam z biura do domu! Robert dziwi się, skąd biorę inspirację, a ja przecież, siedząc nad reklamowymi projektami, TĘSKNIĘ za moim skarbeczkiem. Ale wolę taką twórczą tęsknotę, niż domowy marazm! Mamuśki, do roboty! 

W związku z nowymi, zawodowymi wyznaniami, musiałam podjąć radykalny krok. Odstawiając synka od piersi, czułam się tak, jak wtedy, gdy po kilku romantycznych randkach z Robertem, zaczęłam rozważać, czy „ten facet to kochanek, czy partner na stałe”. Ja, znana imprezowiczka i dusza towarzystwa, miałam wskoczyć w kapcie pani domu. I pozostać wierną temu jedynemu – ukochanemu. Teraz miałam podobnie. Przyzwyczajona do agencji reklamowej, w której mam szansę na rozwój i nawiązanie ciekawych kontaktów zagranicznych, patrzyłam na maleńkiego Wojtusia i… zabrałam mu matczynego cycusia. Definitywnie.

Robert sugerował, że nasz Rogalik i tak ostatnio wykazywał żywe zainteresowanie innymi smakami i jest to dobry moment, by zdrowego smyka przestawić na produkty spożywcze, przeznaczone dla małych dzieci, ALE przeżyłam ten moment bardzo. Zakończył się bowiem etap wyjątkowej bliskości, stwarzanej między mną, a tą kruchą istotką. Odtąd będzie już ona mniej zależna ode mnie. Cierpię!

Udany związek partnerski polega jednak na tym, że wszystko sobie z Robertem przedyskutowaliśmy – gdyby Wojtek dotkliwie odczuwał brak maminego mleka, zastanowimy się, co począć z tym fantem… Jednak ku naszemu zdziwieniu, Mały bez oporów przestawił się na środki zastępcze i ze smakiem pije mleczko z paczki, zajada się kaszką. Tylko wieczorem, gdy leżymy razem, domaga się przytulenia do mojej piersi. Nic dziwnego – uznał tę część ciała mamy za własną i teraz, wtulenie we mnie, pomaga mu zasnąć. Piękne chwile! Najlepsza nagroda dla każdej kobiety, która po porodzie zdecydowała się wrócić do pracy. I choć są różne teorie na temat naturalnego odżywiania dzieci, a o karmieniu piersią krążą legendy czy niestworzone opowieści, same zdecydujecie, kiedy będziecie gotowe na „odstawkę”. Zasygnalizują ją Wasza kobieca natura lub samo dziecko da znać, że czas na zmiany. Serdecznie Wszystkich pozdrawiamy!!!

PostHeaderIcon Czas wrócić do pracy

Mimo że Wojtuś ma dopiero pół roku, to postanowiłam wrócić do pracy. Nie wiem, czy już o tym pisałam, ale pracuję w agencji reklamowej. I bardzo się z tego powodu cieszę, ponieważ tak długie siedzenie w domu doprowadza mnie do szewskiej pasji, mimo że tak bardzo kocham swoje dziecko.

Na szczęście Robert może pozwolić sobie na to, by teraz zostać z maluszkiem. Szczerze wierzę, że mój partner z dzieckiem w domu może mieć kluczowy wpływ na jego wychowanie. Wiem, że praca w domu to taka sama praca, jak poza nim, ale sam stwierdził, że chętnie się zajmie naszym Wojtusiem. I bardzo dobrze, pieniędzy nigdy za wiele, a ja naprawdę muszę już wyrwać się z domu i kontynuować karierę. Nie po to przecież kończyłam studia.

Mam nadzieję, że nie będzie mi doskwierać samotność, i że jak tylko wyjdę z domu, to nie będę non stop myślała o moim maleństwie. Liczę na to, że jak rzucę się w wir pracy, to będę mogła się od tego oderwać.

Być może to, co piszę, może dla niektórych zabrzmieć okropnie, że uciekam od swojego dziecka i tak dalej, ale to nie prawda. Ja bardzo kocham swojego małego synka. Chcę po prostu już wyjść z domu. Jak będę w nim dłużej spędzała tyle czasu, to nie będę już przypominała kobiety. Przestałam o siebie dbać, malować się, nie pamiętam też kiedy ostatnio kupiłam sobie jakieś ubranie. A jak wyjdę do ludzi, do pracy, to wiem, że będę musiała o siebie zadbać i dobrze się prezentować.

Myślę, że zacznę od połowy etatu, żeby odciążyć Roberta, bo przecież przy takim małym dziecku potrzebne jest dużo uwagi, a on też musi się skupić nad tworzeniem tych swoich programów. Mam nadzieję, że do pracy przyjmą mnie z otwartymi rękoma.

PostHeaderIcon Wojtuś już sobie siedzi

Chyba wcześniej o tym nie pisałam, ale od niedawna Wojtuś potrafi już sam siedzieć. To taki naprawdę duży skok rozwojowy. Z dziecka, które tylko ciągle leży albo trzeba je trzymać, nagle mamy dużego dzieciaka, który potrafi siedzieć na kanapie i uczestniczyć w codziennym dniu aktywnie. Jestem z niego naprawdę dumna, mimo że wiem, że to normalne. Niby to wciąż niemowlę, ale dla mnie jest coraz bardziej dojrzały. Wiem, że jeszcze długo potrwa, zanim będzie chodził do szkoły, ale wiem też, że nawet się nie odwrócę, a już zacznie chodzić, a potem biegać.


Tak to jest z tymi dziećmi. Wojtek naprawdę szybko się rozwija, nawet bym nie pomyślała, że to aż tak bardzo zleci. I widzę to również w tym, że ciągle wyrasta z nowych ciuszków. Znajomi ciągle przychodzą z jakimiś upominkami, a on to nosi przez chwilę, po czym wiem, że w przyszłym sezonie będę mogła tylko pomarzyć o tym, by znów go ubrać w dane spodenki i tak dalej.

Podobnie jest z karmieniem. Karmienie dziecka piersią sprawia mi ogromną przyjemność, bo czuję się wtedy za moje maleństwo taka odpowiedzialna. A zdaję sobie sprawę, że niedługo będę mogła to robić. Niedługo już w ogóle nie będzie chciał pić mojego mleka. Już zaczyna powoli wszystko jeść. I pewnie będzie mu smakować coraz więcej różnych typów jedzenia.

Ale to dobrze. Tak tylko piszę, że mnie to przeraża, bo tak jest, ale wiem też, że to normalna kolej rzeczy i teraz Wojtuś będzie już tylko coraz większy i coraz bardziej dojrzały.

PostHeaderIcon 5,5 miesiąca naszego maluszka

Nie wiem nawet, jak to zleciało, ale Wojtek ma już prawie 5,5 miesiąca. Jest taki ruchliwy – reaguje na nasze głosy, przekręca główkę, dość dobrze radzi sobie z zabawkami i bez problemu je łapie, żeby zaraz potem wylądowały w buzi. Staje się też czasem trochę marudny i poprzez płacz próbuje zwrócić na siebie uwagę. Ostatnio pisałam, że czasu dla siebie nie mam zbyt wiele, co dość subtelnie, ale jednak zaczyna się zmieniać.

Robert bardzo chętnie zajmuje się naszym Rogalikiem, który rośnie jak na drożdżach (mimo nieudanej ostatnio próby marchewkowej), przez co ja, co jakiś czas mogę wybrać się do kosmetyczki, czy fryzjera. Mam też czas na pisanie tutaj i udzielanie się na forum dla matek, które ostatnio odkryłam. Jest tu dosłownie wszystko – od porad dla kobiet w ciąży, przez problemy z zajściem, aż po wychowanie i pielęgnację dziecka od momentu narodzenia – coś rewelacyjnego.

Oprócz tego snuję plany na przyszłe wakacje. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że z tegorocznego wyjazdu gdziekolwiek dalej raczej nic nie będzie. Dziecko w podróży w tym wieku jeszcze chyba nie za dobrze ją znosi, zwłaszcza latem. Przyszły rok jest jednak zarezerwowany na morze, choćby na kilka dni. Wojtek będzie miał już wtedy ponad rok, więc „kontakt” z nim będzie zdecydowanie większy. Jeszcze bardziej, niż przyszłego roku nie mogę doczekać się następnych, gdy nasz synek będzie już na tyle duży, żeby szaleć w Bałtyku i piasku. Może wtedy wybierzemy się też w góry?

Ach, jeszcze z nowości, to kurs dla Bąbelków już prawie zakończyliśmy – Wojtek czuje się w wodzie rewelacyjnie, macha radośnie nóżkami i z kąpaniem go jest mniej problemów, niż zwykle, poza może tym, że teraz cały salon jest w mydlinach, łącznie z nami. No cóż – Królewicz chce, Królewicz ma. :)

PostHeaderIcon Próbujemy nowych smaków

Znów witam po przerwie. Przyznam, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że przy małym dziecku będę miała aż tak mało czasu, by coś napisać na tym blogu. Od czasu porodu nie mam praktycznie czasu na nic. Wojtek skończył wczoraj cztery miesiące i postanowiliśmy z Robertem zacząć wypróbowywać nowe smaki. Co prawda maluszek na razie świetnie sobie radzi z mlekiem i nie narzeka, ale w wielu poradnikach wyczytałam, że powinno się go stopniowo przyzwyczajać do tego, że istnieją jeszcze inne smaki.

Najlepszym okresem na ten czas jest moment, gdy maluszek jeszcze nie odstawił mleka. Wtedy jest już późno, bo od razu uczy się wszystkich smaków na raz i często może nie wyjść z tego nic dobrego. Więc zaczęliśmy. Dowiedziałam się, że jeśli Wojtusiowi nie będzie coś smakować, to mam sobie odpuścić, wróci się do tego kiedy indziej.

Na pierwszy ogień w karmieniu dziecka naszego poszły owoce. Zaczęliśmy od arbuza, bo przecież to w 90% woda. Maluszek go polubił i chciał jeszcze. Dostał jeszcze mały kawałeczek. Najchętniej dałabym mu więcej, ale poradniki mówią, że nie powinno się dawać dużych ilości, bo ilość mleka nadal powinna być taka sama.

Potem spróbowaliśmy ugotowanej marchewki. Już nie było tak prosto. Wojtuś zainteresował się jej żywym kolorem, ale zaraz gdy spróbował, to wypluł. Nie chciałam robić drugiego podejścia. Mam nadzieję, że niedługo mu się to zmieni, bo przecież marchewka jest taka zdrowa.

Próbowaliśmy jeszcze zupki krem z pieczarek i Wojtusiowi zasmakowało. Mam nadzieję, że przy następnym podejściu, z innym jedzeniem, będzie równie dobrze.

PostHeaderIcon Kurs dla Bąbelków

Lato się zaczęło i razem z Robertem postanowiliśmy to wykorzystać. Oboje bardzo lubimy pływać, stawiamy też na jakąkolwiek inną formę ruchu, a że naczytaliśmy się trochę o kursach pływania „dla Bąbelków”, czyli noworodków, to postanowiliśmy spróbować i z Wojtkiem, który ma w sobie tyle energii, że czasem daje się nam ona we znaki.

Jak to wygląda? Wybraliśmy opcję z 10 spotkaniami do tego we dwójkę tak, żeby każde co jakiś czas mogło trochę poświęcić na relaks własny i zrobienie paru basenów. Przed pierwszym razem poszliśmy do lekarza, który stwierdził, że nie widzi żadnych przeciwwskazań i wystawił stosowne zaświadczenie. Pojechaliśmy pierwszy raz w zeszłym tygodniu, trochę zestresowani jak to będzie. Wojtek lubi kąpiele w wannie, ale przecież na basenie to coś zupełnie innego, no ale postanowiliśmy spróbować. Teoria teorią, a praktyka to coś zupełnie innego. Wojtek był spokojny jak nigdy, my z Robertem nawet też do momentu, jak instruktor nie powiedział, że mamy się z nim całkowicie zanurzyć. Wtedy spanikowałam i powiedziałam, że nigdy w życiu, że przecież się zachłyśnie. Okazuje się jednak, że niemowlę do 6. miesiąca życia ma naturalny odruch wstrzymywania oddechu! Dopiero jak zobaczyłam, że inni rodzice, którzy jednak nie byli na spotkaniu pierwszy raz, bez większych skrupułów zanurzają dzieci, postanowiłam spróbować. Pomógł mi trochę Robert. To była jedna z bardziej stresujących sytuacji dla mnie, większa chyba niż sam poród i pierwsza kąpiel Wojtka. Potem było już z górki. Wojtek na tyle oswoił się z wodą i otoczeniem, że machał nóżkami i rączkami, jak gdyby nigdy nic. Nie sądziłam, że tak małe dziecko ma w sobie tyle energii.

Oczywiście prawdą jest, że woda „wyciąga”, co Wojtek oznajmił zaraz tylko jak wyszliśmy z basenu. Nie było nawet gadania, musiał dostać jeść i w dodatku tu i teraz. Jak już się wysuszyliśmy i ubraliśmy trochę się uspokoił, ale zanim wróciliśmy do domu znowu był głodny. To tyle, jeśli chodzi o relację z pierwszego razu w wodzie. Jutro kolejne spotkanie, co Wojtek chyba przeczuwa, bo bardziej niż zwykle wierci nóżkami.

 

PS Mamusia wczoraj została panią magister pedagogiki!

PostHeaderIcon Czego mi jeść nie wolno? Długa lista

Dziś nasz mały Wiercipiętek nie jest już taki mały, właśnie skończył trzy miesiące. Co się w tym czasie zmieniło? Nadal rośnie jak na drożdżach, je jak na prawdziwego faceta przystało prawie za dwóch, uśmiecha się i uwielbia przebywać na świeżym powietrzu. Robert jest taki dumny, że wszystkim pokazuje zdjęcia małego, których ilość jest tak zatrważająca, że my razem wzięci nie mieliśmy ich chyba tyle, co ma teraz mały.

Ciąża napędziła mi chwilami niemało strachu i zmartwień, ale największego stresu doświadczyłam chyba dopiero po urodzeniu Wojtka. Czytałam dosyć dużo o tym, jak powinnam się odżywiać, dodatkowo mama kategorycznie zakazała mi cytrusów i truskawek, nad czym bardzo ubolewam, ale dla malucha wszystko. Nie zdawałam sobie jednak sprawy z tego, że pomidory również mogą mu zaszkodzić! Zjadłam pyszną sałatkę, nakarmiłam małego i ni stąd ni zowąd na jego ciałku pojawiły się czerwone krostki. Na początku wydawało mi się, że to od potu, ale przecież cały czas dbałam o to, aby maluszek się nie przegrzewał i inne takie. Poszłam do lekarza, który szczegółowo wypytał mnie co jadłam i okazało się, że to właśnie przez pomidory. Ja rozumiem, że dzieci i dorośli mogą mieć na nie uczulenie, ale takie maluszki? No nic, póki nie odstawię Wojtka od piersi pomidory są zakazane. Ech. Dostałam też broszurkę czego jeszcze jeść i pić mi nie wolno, oraz co wywołuje alergie pokarmowe. Martusia musi się pożegnać z:

  • gazowanymi napojami, w tym coca colą, która zawiera kofeinę, a Wojtuś tego nie toleruje
  • kawą i herbatą z podobnych powodów, co inne napoje
  • alkoholem i papierosami – i tak nie palę, a po alkohol sięgałam okazyjnie
  • cytrusy, truskawki, poziomki i te nieszczęsne pomidory też są zakazane
  • wszystkim, co zawiera dużo konserwantów
  • fast foodami i potrawami smażonymi na głębokim oleju.

Wyrzeczeń dużo, ale trzeba przecież dbać o to, aby Wojtek się prawidłowo rozwijał. Jeszcze ze trzy miesiące i zaczniemy wprowadzać do jadłospisu przecierki i inne smakołyki – oczywiście przygotowane przez mamusię.

PostHeaderIcon Mały rogalik rośnie jak na drożdżach

No i zawirowało w naszym małym światku. Wojtuś ma 2,5 miesiąca. Co się działo przez ten czas? Któregoś dnia spanikowałam bo na jego twarzyczce, rączkach i ciałku zaczęły pojawiać się krostki. Zaliczyłam najpierw jednego lekarza, potem jeszcze drugiego, a na końcu niezawodną i ukochaną Babcię i wszyscy jednogłośnie orzekli, że mój maluch ma trądzik (sic!). Trochę się zdziwiłam, okazało się, że to taki maluchowy trądzik i nie ma się co martwić 0 wystarczy przegotowana woda i Emolium, żeby skóry za bardzo nie wysuszyć. No i tak się to najpierw paskudziło, ale teraz już w miarę schodzi i pewnie za parę dni w ogóle nie będzie śladu.

Co jeszcze? Uczymy się siebie nawzajem, ale szczególnie ja jego, co czasem prowadzi do sprzeczek z Robertem, który twierdzi, że wie lepiej. Ach faceci…jak mówię, że mały chce po prostu spać i trzeba go trochę ululać, to ten twierdzi, że jest głodny…jak jest głodny, to mówi mi, że pewnie tylko tak sobie marudzi. No i jak tu nie zwariować z dwoma facetami – jeden płacze, drugi prawie krzyczy – tacy dwaj specjaliści!:)

I wiecie to jeszcze? Nie ma nic piękniejszego niż Wiercipiętek, który już świadomie się uśmiecha i gaworzy, reaguje na mój głos i „śpiewy” Roberta. A no i kąpiel jest wręcz rajem, chyba zapiszemy się we trójkę na basen. Chlapaniu i ciapaniu mogłoby nie być końca, a wszystkiemu towarzyszy cudowne gaworzenie – maluch jest zadowolony. Robercik postanowił zadbać o sprawność intelektualną naszego synalka i powiedział, że to najwyższy czas na pierwszą książkę. Zamówił na allegro i czekamy na listonosza. Zdjęcie poniżej :)

Ach, no i spacerujemy bardzo często, teraz już dotleniamy się nawet po kilka godzin jak nie ma za dużego wiaterku, zamierzamy zapuścić się nawet w inne rejony – ile można oglądać te same drzewa i te same chmurki.

PostHeaderIcon Pierwszy rodzinny spacer

No i pierwszy wspólny niedzielny spacerek za nami! Pogoda dopisała zdecydowanie, a mały tak nałykał się świeżego powietrza, że teraz śpi już trzecią godzinkę i ani myśli się obudzić, ten mały żarłoczek :) . Już się nie mogę doczekać, aż będziemy spacerowali więcej, dzisiaj wystarczyło pół godzinki, potem będziemy zwiększali dystanse i czas – wiosna w pełni!

Udało nam się przebyć dystans do parku niedaleko i z powrotem. Potem mały dostał cyca i teraz nawet lekko pochrapuje. To chyba pierwszy taki dzien wolny, kiedy ani Robert, ani ja nie jesteśmy niczym zajęci i mamy trochę czasu dla siebie. Jeśli spacer z maluchem ma być wyznacznikiem tego, ile potem mamy czasu dla siebie, to znaczy, że będziemy często gościli pobliski park. Wiem, że to pobożne życzenia, ale już nie mogę się doczekać, aż maluch zacznie chodzić, czy tam od razu biegać…nie ma chyba nic piękniejszego, niż widok Wiercipiętka, który stawia pierwsze kroki. Mówiłam już na początku tego bloga, że jestem niecierpliwcem i nie mogę się doczekać, aż mały się wykluje?:) Teraz nie mogę się doczekać, aż zacznie chodzić, mówić i rosnąć jak na drożdżach. A propos tego ostatniego, to coś jest na rzeczy :) Mały ma już 5400 gramów, więc przybyło mu w ponad miesiąc idealnie 2 kilogramy. Pierwszy sukces zaliczony! Trochę mu się wyrosło też z niektórych śpioszków, co znaczy, że kilka centymetrów też mu przybyło. Dobrze, że dzieci nie rosną potem aż tak szybko, bo nie nadążałabym z kupowaniem ubranek, choć pewnie i tak będzie. Ja niecierpliwiec nie mogę się doczekać!

PostHeaderIcon Mam już miesiąc

Dawno tu nie zaglądałam, ale tyle się działo, że najzwyczajniej w świecie nie było czasu. Wojtek rośnie w siłę i Dziadziuś (mój tata) śmieje się, że niedługo przerośnie nie tylko jego, ale tym bardziej Roberta. Mały właśnie skończył miesiąc, co uczciliśmy wczoraj tak, jak codziennie – znowu zeszło jakieś 1000ml – 1100 pokarmu, więc wszystko w normie, a mały szkrab rośnie jak na drożdżach albo i dalej. Robert wrócił do pracy, ale i tak dzwoni najrzadziej co godzinę, żeby spytać jak sobie radzimy. No a jak taka para jak synuś i mamusia mają sobie radzić? :) Mały albo śpi albo je, a mi albo uda się coś zrobić do końca, ale najczęściej nie, bo się przebudza, zaczyna „mruczeć” coś pod nosem i kwękać, ale potem na szczęście wraca do siebie. Martwi mnie tylko to, że mały czasem ma kolki, ale ciągle słyszę, że to normalne i mam pic wywar z koperku, bo wszystko zależy ode mnie. No a przecież ja naprawdę się staram i nie jem niczego, co zakazane…

W zeszłym tygodniu udało mi się po raz pierwszy wyjść na miasto, bo mama stwierdziła, że doskonale sobie z małym poradzi, a jakby co, to Robert też będzie na posterunku, choć zapracowany. Mamy to na początku chyba nie mają zbyt wiele czasu dla siebie. Udało mi się zrobić porządek z włosami i paznokciami, niestety na twarz już nie było miejsca, ale przecież dramatu nie ma. Dla Wojtusia będę zawsze najpiękniejszą mamusią, a dla Roberta żonką……A z najnowszych nowości to przymierzamy się do pierwszego spacerku. Relacja następnym razem!